Polska i Świat
Kiedy Dmowski staje się problemem dla „postępowej” Polski?
Kompleks Dmowskiego, czyli kiedy Roman Dmowski staje się problemem dla „postępowej” Polski
Są w polskiej debacie publicznej nazwiska, które nawet po kilkudziesięciu czy stu latach potrafią wywołać reakcję przypominającą alergię polityczną, a jednym z najlepszych przykładów jest Roman Dmowski. Wystarczy nazwa ulicy, ronda, dworca albo mural z jego podobizną, aby w części środowisk liberalnych i lewicowych natychmiast pojawiła się potrzeba wyjaśnienia, dlaczego ten konkretny fragment polskiej historii powinien zostać odpowiednio skomentowany, zrelatywizowany, a najlepiej – jeśli okoliczności pozwalają – usunięty z przestrzeni publicznej. Ostatni przykład dostarczył Michał Bilewicz, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który w mediach społecznościowych opublikował żartobliwy komentarz dotyczący swojej podróży przez Warszawę, pisząc, że wsiadając na Dworcu im. Romana Dmowskiego, sprawdził, czy ma przy sobie paszport z podobizną Dmowskiego, a ponieważ takiego dokumentu nie posiadał, „trzeba wracać przez Rondo Dmowskiego”, co podsumował ironicznym komentarzem o „antybrunatnych rządach”.
Trudno odmówić temu dowcipowi pewnej lekkości, choć jeszcze ciekawsze od samego żartu jest to, co znajduje się pod jego powierzchnią, ponieważ trudno nie odnieść wrażenia, że w części współczesnej lewicowej inteligencji Roman Dmowski zajmuje szczególne miejsce w katalogu historycznych postaci, wobec których należy zachować nieustanną czujność. Jest w tym zresztą pewien paradoks: człowiek, który zawodowo zajmuje się badaniem uprzedzeń, stereotypów i relacji między grupami społecznymi, sam uczestniczy w sporze o to, jak współczesny Polak powinien patrzeć na jednego z najważniejszych polityków polskiej historii, a przy okazji pokazuje, jak bardzo nazwisko Dmowskiego wciąż potrafi uruchamiać emocje, które – przynajmniej teoretycznie – powinny być przedmiotem chłodnej analizy, a nie politycznego odruchu.
Kim jest Michał Bilewicz i dlaczego jego komentarz jest interesujący?
Michał Bilewicz nie jest przypadkowym komentatorem internetowym, którego wpis można po prostu wzruszeniem ramion odłożyć na bok. Jest psychologiem społecznym i politycznym, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego oraz kierownikiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami, a jego działalność naukowa obejmuje między innymi problematykę stereotypów, uprzedzeń, dyskryminacji, pamięci zbiorowej, mowy nienawiści i relacji między grupami społecznymi. Jego zainteresowania badawcze sytuują go więc dokładnie w samym centrum współczesnych sporów o to, w jaki sposób społeczeństwa postrzegają własną historię, innych ludzi i grupy, z którymi pozostają w konflikcie.
Nie jest również tajemnicą, że Bilewicz aktywnie uczestniczy w debacie publicznej i zajmuje stanowiska charakterystyczne dla liberalno-lewicowej części polskiego środowiska intelektualnego, szczególnie w kwestiach związanych z pamięcią historyczną, nacjonalizmem, antysemityzmem, dyskryminacją czy prawami mniejszości. Samo to oczywiście nie jest żadnym zarzutem, ponieważ profesor uniwersytetu ma dokładnie takie samo prawo do wyrażania poglądów politycznych jak każdy inny obywatel, ale właśnie dlatego jego wypowiedzi dotyczące Dmowskiego są interesujące: pokazują, że spór o tę postać dawno przestał być wyłącznie sporem historyków o ocenę wydarzeń sprzed ponad wieku, a stał się elementem współczesnej wojny o to, jaką opowieść o Polsce powinniśmy przekazywać kolejnym pokoleniom.
I tutaj pojawia się pytanie, które warto postawić bez złości, ale również bez kompleksów: dlaczego właściwie Roman Dmowski nadal tak bardzo niepokoi część współczesnej lewicy?
Dmowski nie był świętym, ale nie był też postacią z marginesu historii
Zacznijmy od rzeczy oczywistej, o której prawica również powinna pamiętać, jeśli chce poważnie rozmawiać o historii: Roman Dmowski nie był człowiekiem bez wad, jego poglądy dotyczące kwestii narodowych, Żydów i innych mniejszości są przedmiotem uzasadnionej krytyki, a części jego publicystyki nie sposób bezpośrednio przenosić do realiów XXI wieku. Próba przedstawiania go jako nieskazitelnego bohatera, którego wszystkie poglądy należy przyjąć bez żadnych zastrzeżeń, byłaby równie nierozsądna jak próba całkowitego wymazania go z polskiej historii.
Problem polega jednak na tym, że między bezkrytycznym kultem a historycznym potępieniem istnieje jeszcze ogromna przestrzeń, w której można po prostu uczciwie oceniać człowieka i jego działalność, dostrzegając zarówno rzeczy, które z dzisiejszej perspektywy budzą sprzeciw, jak i rzeczy, które miały fundamentalne znaczenie dla odrodzenia polskiego państwa.
A tutaj fakty są dość niewygodne dla tych, którzy chcieliby sprowadzić Dmowskiego do roli symbolu „brunatnej” Polski.
Roman Dmowski był jednym z najważniejszych przywódców polskiego ruchu narodowego, współtwórcą Ligi Narodowej, organizatorem Komitetu Narodowego Polskiego i jednym z najważniejszych polskich polityków działających na rzecz uzyskania przez Polskę korzystnej pozycji w czasie I wojny światowej. W 1919 roku, wraz z Ignacym Janem Paderewskim, reprezentował Polskę podczas konferencji pokojowej w Paryżu i podpisał w imieniu odrodzonego państwa polskiego Traktat Wersalski, a więc dokument, który formalnie kończył wojnę z Niemcami i był jednym z fundamentów powojennego ładu europejskiego.
Dmowski był również posłem, członkiem Rady Obrony Państwa podczas wojny polsko-bolszewickiej oraz ministrem spraw zagranicznych w rządzie Wincentego Witosa, a więc nie można uczciwie przedstawiać go jako jakiegoś politycznego ekscentryka stojącego na uboczu głównego nurtu polskiej historii.
Można z nim polemizować, można go krytykować, można nie zgadzać się z jego wizją Polski, ale trudno poważnie twierdzić, że jego obecność w polskiej przestrzeni publicznej jest czymś historycznie niewłaściwym.
Czy naprawdę trzeba mieć paszport z Dmowskim?
I właśnie dlatego wpis Michała Bilewicza jest tak zabawny, ponieważ można go potraktować jako niezamierzoną ilustrację pewnego rodzaju politycznego kompleksu. Oto profesor zajmujący się uprzedzeniami przejeżdża przez Warszawę, widzi nazwisko Dmowskiego na dworcu i rondzie, po czym zaczyna żartować z konieczności posiadania paszportu z podobizną tego polityka, jak gdyby samo zetknięcie z jego nazwiskiem było wydarzeniem wymagającym ideologicznego komentarza.
Można oczywiście odpowiedzieć żartem na żart i wyobrazić sobie przyszłą Warszawę, w której podróżni przed wejściem na dworzec będą musieli przejść specjalną kontrolę historyczną.
„Paszport poproszę”.
„Proszę”.
„Dmowski?”
„Nie”.
„Piłsudski?”
„Nie”.
„Paderewski?”
„Też nie”.
„W porządku, może pan wejść”.
Problem polega jednak na tym, że nazwa dworca nie jest deklaracją polityczną jego pasażerów, podobnie jak Rondo Dmowskiego nie jest miejscem, w którym każdy kierowca zatrzymujący się na czerwonym świetle składa deklarację ideową na rzecz endecji. Człowiek może przejeżdżać przez Rondo Dmowskiego, nie wiedząc nawet dokładnie, kim Dmowski był, i nie oznacza to absolutnie niczego poza tym, że korzysta z infrastruktury miejskiej.
Tak samo nazwanie dworca imieniem historycznej postaci nie oznacza, że państwo nakazuje obywatelom przyjmować wszystkie jej poglądy. Oznacza natomiast, że ta postać była częścią historii kraju, a społeczeństwo zdecydowało się tę część historii zachować w przestrzeni publicznej.
Dmowski jako „brunatny” problem
W tym miejscu szczególnie interesująca staje się próba przedstawiania Dmowskiego jako prostego odpowiednika współczesnego skrajnego nacjonalizmu czy wręcz jako prekursora ideologii, z którą można automatycznie utożsamiać wszystkie późniejsze europejskie ruchy skrajnej prawicy. Taki zabieg jest niezwykle wygodny, ponieważ pozwala uniknąć trudniejszego zadania, jakim jest rzeczywiste studiowanie jego poglądów i osadzanie ich w realiach politycznych przełomu XIX i XX wieku.
Dmowski był nacjonalistą i uważał, że naród powinien być podstawową wspólnotą polityczną, a interes narodowy powinien zajmować centralne miejsce w polityce państwa. Nie oznacza to jednak, że można wrzucić go do jednego worka z niemieckim nazizmem czy współczesnymi ruchami neonazistowskimi, ponieważ takie porównanie ignoruje zasadnicze różnice historyczne, ideologiczne i polityczne.
Co więcej, jednym z podstawowych problemów, jakie Dmowski dostrzegał w swojej epoce, była właśnie potęga Niemiec i zagrożenie wynikające z niemieckiej polityki wobec Polaków. Jego książka „Niemcy, Rosja i kwestia polska” z 1908 roku była próbą strategicznej analizy położenia Polski pomiędzy dwoma mocarstwami, a jego późniejsza działalność dyplomatyczna zmierzała do tego, aby sprawa polska znalazła się w centrum zainteresowania państw Ententy.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie jego oceny były słuszne, ani tym bardziej że należy przyjmować jego publicystykę jako współczesny podręcznik polityki. Oznacza jednak, że jeżeli chcemy o Dmowskim rozmawiać poważnie, powinniśmy zacząć od historii, a dopiero później przechodzić do moralnych ocen.
Lewica ma problem z narodem, a Dmowski naród stawia w centrum
Być może właśnie tutaj znajduje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Dmowski jest dla części współczesnej lewicy postacią tak niewygodną. Nie chodzi wyłącznie o jego poglądy na mniejszości narodowe, choć jest to oczywiście jeden z najczęściej przywoływanych elementów jego dziedzictwa. Znacznie głębszy problem dotyczy samej idei narodu, ponieważ Dmowski traktował naród jako rzeczywistą wspólnotę polityczną, historyczną i kulturową, której interesy powinny być traktowane poważnie i której ciągłość ma znaczenie dla kolejnych pokoleń.
To podejście jest trudne do pogodzenia z częścią współczesnego liberalnego indywidualizmu, w którym jednostka coraz częściej przedstawiana jest jako najważniejszy punkt odniesienia, a więzi narodowe, religijne i kulturowe bywają przedstawiane jako coś, co należy stopniowo rozluźniać, ponieważ mogą prowadzić do podziałów.
Dmowski wychodził z zupełnie innego założenia: człowiek jest częścią większej wspólnoty, a wraz z przynależnością do tej wspólnoty pojawia się również odpowiedzialność za jej przyszłość.
To jest właśnie ta część jego dziedzictwa, która może być dzisiaj dla niektórych wyjątkowo niewygodna.
Bo jeśli naród ma znaczenie, to pojawia się pytanie o obowiązki wobec wspólnoty. Jeśli historia ma znaczenie, pojawia się pytanie o ciągłość. Jeśli państwo ma znaczenie, pojawia się pytanie o jego interes. Jeśli kultura ma znaczenie, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie chcemy zachować i przekazać dzieciom.
A wtedy człowiek przestaje być wyłącznie konsumentem, który ma swoje prawa i oczekiwania, a zaczyna być obywatelem, który posiada również obowiązki.
Największy paradoks „antybrunatnej” Polski
Jest przy tym pewien historyczny paradoks, którego nie sposób nie zauważyć. Dzisiejsza Polska jest państwem, które odzyskało niepodległość między innymi dzięki wysiłkom bardzo różnych środowisk politycznych, często pozostających ze sobą w ostrym konflikcie. Mieliśmy Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Witosa, Korfantego, Daszyńskiego i wielu innych ludzi, którzy mieli zupełnie różne wizje państwa, społeczeństwa i gospodarki, a mimo tych różnic ich działalność przyczyniła się do powstania II Rzeczypospolitej.
Jeżeli dzisiaj zaczniemy uznawać, że z powodu niektórych poglądów danej postaci należy usunąć ją z przestrzeni publicznej, będziemy musieli bardzo szybko stworzyć ogromny katalog nazwisk przeznaczonych do usunięcia, ponieważ niemal każdy wybitny polityk z historii miał poglądy, które współczesnemu człowiekowi mogą wydawać się kontrowersyjne.
Piłsudski miał na swoim koncie przewrót majowy i autorytarne praktyki sanacji, ale nikt rozsądny nie twierdzi z tego powodu, że należy usunąć jego nazwisko z polskiej przestrzeni publicznej. Witos był politykiem ludowym i przeciwnikiem sanacji, ale jego dziedzictwo również jest oceniane przez pryzmat całej działalności, a nie jednego fragmentu biografii. Paderewski był wielkim pianistą, politykiem i premierem, ale również człowiekiem swojej epoki, posiadającym poglądy, które można dzisiaj poddawać krytyce.
Dlaczego więc akurat Dmowski miałby być traktowany inaczej?
Nie musimy kochać Dmowskiego, żeby go pamiętać
Dojrzałe państwo nie powinno wymagać od obywatela, aby kochał wszystkich bohaterów własnej historii. Powinno natomiast wymagać od siebie czegoś znacznie trudniejszego: uczciwości w przedstawianiu tej historii.
Można postawić przy Dmowskim tablicę informującą o jego działalności, można organizować konferencje, na których historycy będą analizować jego poglądy, można przypominać o jego kontrowersyjnych wypowiedziach, można krytykować jego stosunek do mniejszości i można prowadzić z nim ideową polemikę, ale zupełnie czym innym jest próba stworzenia wrażenia, że samo nazwisko Dmowskiego jest czymś podejrzanym, czego należy się wstydzić.
Taka polityka pamięci prowadziłaby zresztą do bardzo dziwnego paradoksu: zamiast uczyć młodych Polaków historii, uczylibyśmy ich, że niektóre nazwiska należy omijać, ponieważ mogą wywołać niewłaściwe skojarzenia.
To byłoby wyjątkowo smutne zakończenie edukacji historycznej.
Dmowski wraca, ponieważ wracają pytania, które stawiał
Być może najciekawsze jest jednak to, że nawet jeśli ktoś chciałby Dmowskiego zepchnąć na margines, jego pytania wcale nie zniknęły. Wciąż musimy zastanawiać się nad tym, czym jest naród, jaką rolę powinno odgrywać państwo, gdzie kończy się indywidualna wolność, a zaczyna odpowiedzialność za wspólnotę, jak prowadzić politykę zagraniczną pomiędzy silniejszymi sąsiadami, jak chronić własną kulturę i jak budować państwo w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja parlamentu.
Można zmienić nazwę ronda, można zmienić nazwę dworca, można usunąć pomnik, można przemalować mural, a nawet można próbować stworzyć nową oficjalną narrację historyczną, ale pozostaje problem znacznie trudniejszy do usunięcia: pytania, które stawiał Dmowski, są nadal aktualne.
I właśnie dlatego jego nazwisko wraca.
Nie dlatego, że ktoś nakazuje Polakom go czcić, ale dlatego, że kwestie narodu, państwa, suwerenności, interesu narodowego i odpowiedzialności za przyszłe pokolenia wciąż istnieją, niezależnie od tego, czy podobają się one współczesnym komentatorom.
Historia nie potrzebuje paszportu ideologicznego
Wróćmy więc na koniec do żartu o paszporcie z podobizną Dmowskiego, bo jest w nim coś zabawnego, ale również coś pouczającego. Nie trzeba mieć paszportu z Dmowskim, aby wejść na Dworzec Warszawa Główna, nie trzeba być narodowcem, aby przejechać przez Rondo Dmowskiego, i nie trzeba zgadzać się z ani jednym zdaniem „Myśli nowoczesnego Polaka”, aby uznać, że Roman Dmowski odegrał ważną rolę w historii odzyskania przez Polskę niepodległości.
Tak samo nie trzeba być socjalistą, aby pamiętać Daszyńskiego, nie trzeba być piłsudczykiem, aby szanować Piłsudskiego, nie trzeba być ludowcem, aby doceniać Witosa i nie trzeba być wielbicielem muzyki klasycznej, aby uznać znaczenie Paderewskiego.
Historia nie jest bowiem kartą członkowską partii politycznej.
Nie trzeba się z nią we wszystkim zgadzać, aby ją znać.
Nie trzeba wszystkich bohaterów lubić, aby ich pamiętać.
Nie trzeba przyjmować wszystkich poglądów Dmowskiego, aby uznać, że był jednym z ludzi, którzy współtworzyli drogę Polski do niepodległości.
I może właśnie tego najbardziej brakuje w dzisiejszej debacie: spokojnego przekonania, że własna historia nie musi być ani pomnikiem bez skazy, ani aktem oskarżenia.
Możemy powiedzieć o Dmowskim wszystko, co jest prawdą – również to, co jest dla niego niekorzystne – ale nie musimy z tego powodu udawać, że nie istniał.
A jeśli komuś naprawdę przeszkadza jego nazwisko na dworcu, rondzie czy muralu, zawsze pozostaje bardzo proste rozwiązanie: można po prostu przejść obok.
Tylko że wtedy może się wydarzyć rzecz naprawdę niebezpieczna.
Człowiek przejdzie obok Dmowskiego, wsiądzie do pociągu, pojedzie dalej, a po drodze zacznie się zastanawiać, dlaczego właściwie ten człowiek znalazł się w historii Polski.
I wtedy może odkryć coś, czego nie przewidzieli twórcy kolejnych „antybrunatnych” żartów: że zamiast wymazywać Dmowskiego, warto go po prostu przeczytać.
Bo z historią jest pewien problem – im bardziej próbuje się ją cenzurować, tym bardziej ludzie zaczynają pytać, czego właściwie nie wolno im czytać.
Autor: Joanna Mac
