Polska i Świat
Joanna Mac: Państwo coraz droższe…
Donald Tusk mówi o priorytetach, które „kosztują dużo pieniędzy”, o dodatkowych 17 miliardach złotych na ochronę zdrowia, wydatkach na bezpieczeństwo, transformacji energetycznej i inwestycjach. Wszystko brzmi poważnie, odpowiedzialnie i nowocześnie. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zejdziemy z poziomu politycznych deklaracji na poziom pytania najważniejszego: na co konkretnie idą pieniądze polskich podatników i czy państwo rzeczywiście staje się dzięki nim sprawniejsze, bogatsze i bardziej konkurencyjne? Bo samo wydawanie miliardów nie jest jeszcze sukcesem. Sukcesem jest dopiero sytuacja, w której za tymi miliardami stoją lepsze usługi publiczne, nowe drogi, energetyka, mieszkania, miejsca pracy, rozwój przedsiębiorstw i wyższy poziom życia zwykłych obywateli.
Polska rzeczywiście potrzebuje wielkich inwestycji i rzeczywiście potrzebuje silnej armii oraz sprawnej ochrony zdrowia. Tego nikt rozsądny nie powinien kwestionować. Problem polega na tym, że kolejne rządy, również obecny, zbyt łatwo traktują zwiększanie wydatków jako dowód skuteczności państwa. Tymczasem można wydać kolejne dziesiątki miliardów i nadal mieć system, w którym pacjent miesiącami czeka na specjalistę, przedsiębiorca tonie w papierologii, samorządy walczą o pieniądze na podstawową infrastrukturę, a młody człowiek zastanawia się, czy w Polsce będzie go stać na własne mieszkanie. Państwo nie staje się bogatsze dlatego, że zwiększa budżet. Państwo staje się bogatsze wtedy, gdy potrafi za publiczne pieniądze stworzyć trwałą wartość.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem z filozofią rządzenia, którą można obserwować w Polsce od lat. Politycy chętnie mówią o kolejnych programach, funduszach, strategiach, instytucjach i nowych zadaniach dla administracji, znacznie rzadziej natomiast mówią o tym, ile kosztuje sama machina państwowa i ile pieniędzy można byłoby zaoszczędzić, gdyby ograniczyć biurokrację, dublowanie kompetencji oraz rozbudowywanie struktur administracyjnych. Polakowi łatwiej powiedzieć, że trzeba znaleźć kolejne 17 miliardów, niż przyznać, że najpierw należałoby sprawdzić, ile pieniędzy można odzyskać poprzez likwidację zbędnych procedur, ograniczenie administracyjnych kosztów i zakończenie finansowania przedsięwzięć, które istnieją przede wszystkim dlatego, że ktoś znalazł dla nich publiczne pieniądze.
Przez lata powstał w Polsce cały ekosystem ludzi i instytucji utrzymywanych bezpośrednio lub pośrednio z pieniędzy podatników. Urzędy, agencje, fundusze, zespoły, rady, programy, projekty, konsultacje, ekspertyzy i kolejne stanowiska tworzą strukturę, która sama dla siebie potrafi być argumentem za swoim dalszym istnieniem. W takim systemie łatwo zapomnieć, że pieniądze państwa nie spadają z nieba. Każdy miliard w budżecie pochodzi ostatecznie z pracy przedsiębiorców, pracowników i konsumentów, którzy płacą podatki oraz składki. Jeżeli więc państwo wydaje te środki nieefektywnie, rachunek za tę nieefektywność ostatecznie płaci obywatel.
Dlatego słowa premiera o odpowiedzialności za finanse publiczne brzmią interesująco, szczególnie w sytuacji wysokiego deficytu i rosnącego długu. Odpowiedzialność fiskalna nie powinna jednak polegać wyłącznie na deklarowaniu, że deficyt trzeba „utrzymywać w ramach bezpieczeństwa”. Prawdziwa odpowiedzialność powinna oznaczać również odwagę do powiedzenia: tego programu nie finansujemy, tej instytucji nie potrzebujemy, tego wydatku nie uzasadnia interes państwa, a tej procedury można się pozbyć. Tymczasem polska polityka od lat cierpi na chorobę polegającą na przekonaniu, że niemal każdy wydatek publiczny ma swojego beneficjenta, a każdy beneficjent szybko znajduje argument, dlaczego jego finansowanie jest absolutnie konieczne.
Najbardziej wymowne jest to, że kiedy politycy mówią o inwestycjach, zwykle przedstawiają je jako wielkie liczby. Wielomiliardowe programy brzmią imponująco, ale obywatel powinien zadawać proste pytanie: co z tego będzie za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat? Czy powstanie infrastruktura, która zwiększy produktywność polskiej gospodarki? Czy powstanie tania i stabilna energia? Czy skrócą się kolejki do lekarzy? Czy polskie firmy będą mogły łatwiej konkurować na świecie? Czy powstaną mieszkania, drogi, linie kolejowe i sieci energetyczne? Jeżeli odpowiedź jest twierdząca, warto inwestować. Jeżeli natomiast pieniądze zostają skonsumowane przez administrację, kolejne procedury i rozbudowany system obsługi samego państwa, trudno mówić o prawdziwej inwestycji w przyszłość.
Nie chodzi przy tym o to, żeby państwo przestało istnieć albo żeby zrezygnować z finansowania zdrowia, armii czy infrastruktury. Wręcz przeciwnie. Silne państwo powinno wydawać dużo tam, gdzie jest to naprawdę potrzebne, i bezwzględnie oszczędzać tam, gdzie pieniądze nie przynoszą obywatelom odpowiedniej wartości. Państwo, które nie potrafi odróżnić inwestycji od konsumpcji, będzie mogło co roku chwalić się coraz większym budżetem, a jednocześnie pozostanie państwem drogim, powolnym i niewydolnym.
Rząd Donalda Tuska powinien więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie, ile jeszcze pieniędzy chce przeznaczyć na poszczególne dziedziny, lecz przede wszystkim ile pieniędzy zamierza zaoszczędzić dzięki reformie państwa. Gdzie są redukcje zbędnych procedur? Gdzie jest ograniczenie administracji? Gdzie jest audyt programów i instytucji? Gdzie jest lista wydatków, z których można zrezygnować bez szkody dla obywateli? Gdzie jest odważny plan przesunięcia pieniędzy z biurokratycznej konsumpcji na inwestycje, które będą służyły Polakom przez dekady?
Bo Polska nie potrzebuje państwa, które przede wszystkim potrafi coraz więcej wydawać. Potrzebuje państwa, które potrafi mądrze wydawać. Różnica między jednym a drugim jest fundamentalna. Pierwsze rozwiązanie prowadzi do coraz większych podatków, długu i rozrostu aparatu państwowego. Drugie może prowadzić do rozwoju, bogacenia się społeczeństwa i budowania rzeczywistej siły gospodarczej.
Dlatego deklaracje premiera o wielkich pieniądzach powinny być traktowane nie jako powód do zachwytu, lecz jako początek poważnej debaty. 17 miliardów złotych więcej na zdrowie nie jest samo w sobie sukcesem. Sukcesem będzie dopiero wtedy, gdy pacjent zobaczy realną poprawę. Miliardy na inwestycje nie są sukcesem, jeżeli rozpłyną się w systemie. Rosnący budżet nie jest sukcesem, jeżeli wraz z nim rośnie dług. Ostatecznym miernikiem powinno być to, czy państwo za pieniądze obywateli dostarcza im więcej bezpieczeństwa, zdrowia, infrastruktury, możliwości i dobrobytu.
I właśnie tego powinniśmy wymagać od rządu: nie kolejnych efektownych zapowiedzi, lecz rozliczenia każdej złotówki i bezlitosnego pytania, czy służy ona Polsce, czy przede wszystkim systemowi, który z publicznych pieniędzy żyje. Polacy nie potrzebują kolejnej warstwy biurokracji, kolejnych stanowisk i kolejnych instytucji tworzonych pod szczytnymi hasłami. Potrzebują sprawnego państwa, które zamiast utrzymywać rozbudowaną klasę urzędniczą i mnożyć procedury, inwestuje w przyszłość kraju i daje ludziom możliwie dużo przestrzeni do pracy, przedsiębiorczości i budowania własnego dobrobytu.
Państwo powinno być narzędziem rozwoju obywateli, a nie celem samym w sobie. Jeśli rząd o tym zapomni, nawet największy budżet nie uczyni Polski bogatszą. Uczyni jedynie państwo droższym.
Autor: Joanna Mac
