Polska i Świat
Cezary Kaźmierczak: Polska powinna postawić na masową produkcję dronów
Propozycja Cezarego Kaźmierczaka dotycząca przygotowania Polski do ewentualnej wojny poprzez stworzenie warunków do masowej i rozproszonej produkcji dronów zasługuje na znacznie poważniejsze potraktowanie, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Co więcej, warto, aby z tym pomysłem zapoznał się osobiście Donald Tusk.
Nie dlatego, że każdy szczegół tej propozycji musi zostać przyjęty bez dyskusji. Chodzi o sam kierunek myślenia: państwo powinno stworzyć warunki, w których w razie zagrożenia Polska będzie potrafiła błyskawicznie zwiększyć produkcję prostych, tanich i szybko modernizowanych systemów bezzałogowych.
Wojna na Ukrainie pokazała bowiem coś, czego nie wolno ignorować. Współczesne pole walki coraz bardziej opiera się na masowo produkowanych, relatywnie tanich systemach, które można szybko udoskonalać i zastępować kolejnymi generacjami. Dron, który dzisiaj jest nowoczesny, za kilka miesięcy może być przestarzały. Dlatego samo kupowanie ogromnych ilości gotowego sprzętu nie zawsze jest najlepszą odpowiedzią.
Równie ważna jak liczba posiadanych urządzeń jest zdolność do ich szybkiego wytwarzania.
I właśnie tutaj propozycja Kaźmierczaka jest interesująca. Zamiast budować system oparty wyłącznie na kilku dużych państwowych lub prywatnych zakładach, można stworzyć szerokie zaplecze małych i średnich przedsiębiorstw, które będą mogły produkować drony, podzespoły, elektronikę, oprogramowanie czy elementy konstrukcyjne.
W normalnych warunkach firmy konkurowałyby między sobą, szukały klientów i eksportowały swoje produkty. Państwo nie musiałoby kupować wszystkiego i zarządzać całą produkcją. Ale w sytuacji kryzysowej istniałaby już gotowa sieć przedsiębiorstw, ludzi, technologii i łańcuchów dostaw, którą można byłoby przestawić na potrzeby obronne. To jest zasadnicza różnica między myśleniem „kupmy więcej sprzętu” a myśleniem „zbudujmy zdolność do produkowania sprzętu”.
Nie muzeum, lecz zdolność produkcyjna
Kaźmierczak zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny problem – tempo zmian technologicznych. W przypadku dronów kupowanie dzisiaj ogromnych ilości konkretnego modelu może być ryzykowne. Technologia zmienia się niezwykle szybko, a doświadczenia z pola walki powodują, że konstrukcje są nieustannie modyfikowane. Dlatego państwo powinno inwestować nie tylko w produkt, ale przede wszystkim w kompetencje produkcyjne.
Jeżeli polskie firmy będą potrafiły wytworzyć tysiące czy dziesiątki tysięcy dronów różnych klas, a następnie szybko zmienić ich konstrukcję zgodnie z potrzebami wojska, będzie to znacznie cenniejsze niż posiadanie wielkiego magazynu urządzeń, które po kilku latach mogą być technologicznie nieprzydatne.
To zresztą szersza lekcja z obecnych konfliktów: w warunkach wojny liczy się nie tylko jakość pierwszego dnia. Liczy się również zdolność do uzupełniania strat i szybkiego dostosowywania technologii.
Biurokracja może być największym przeciwnikiem
Dlatego szczególnie interesujący jest postulat uproszczenia zasad prowadzenia takiej działalności. Uruchomienie produkcji, uproszczone opodatkowanie i możliwość swobodnego eksportu – oczywiście przy zachowaniu niezbędnych zabezpieczeń dotyczących bezpieczeństwa państwa – mogłyby stworzyć przestrzeń do powstania całej nowej gałęzi przemysłu. I tutaj propozycja powinna zostać potraktowana jako punkt wyjścia do poważnej debaty.
Nie chodzi przecież o to, aby państwo rozdawało pieniądze przypadkowym firmom. Wręcz przeciwnie. Chodzi o stworzenie prostych reguł, dzięki którym przedsiębiorca będzie mógł podjąć ryzyko i spróbować zbudować biznes bez konieczności przebijania się przez miesiące czy lata administracyjnych procedur. Jeżeli ktoś potrafi zaprojektować dobrego drona, znaleźć klientów i sprzedać go na rynku, państwo powinno przede wszystkim zapytać: jak możemy sprawić, żeby takich firm było sto, a nie pięć?
To może być także pomysł gospodarczy
Co ważne, taki model nie musi być wyłącznie wydatkiem na obronność. Polska ma ogromny potencjał inżynierski, przemysłowy i technologiczny. Masowa produkcja dronów mogłaby stworzyć rynek dla producentów elektroniki, baterii, silników, kamer, systemów sterowania, oprogramowania i wielu innych komponentów. Powstałby ekosystem, który w części funkcjonowałby komercyjnie, a jednocześnie stanowiłby rezerwę strategiczną państwa.
To rozwiązanie znacznie bardziej elastyczne niż próba przewidzenia dzisiaj, jak dokładnie będzie wyglądał sprzęt potrzebny za pięć czy dziesięć lat. Państwo powinno więc zamiast pytać wyłącznie: „ile dronów kupimy?”, zacząć pytać: „Ile dronów Polska jest w stanie wyprodukować w ciągu miesiąca, jeśli jutro wybuchnie poważny konflikt?” A następnie: „Jak szybko możemy tę produkcję podwoić, potroić albo zwiększyć dziesięciokrotnie?” To są pytania o realne bezpieczeństwo.
Tego pomysłu nie wolno odrzucić bez analizy
Nie oznacza to oczywiście, że należy bezkrytycznie przyjąć każdy element propozycji. Kwestie eksportu, kontroli technologii czy bezpieczeństwa łańcuchów dostaw wymagają szczegółowych regulacji. Ale właśnie dlatego pomysł powinien trafić na biurko premiera, ministrów odpowiedzialnych za obronność i gospodarkę oraz wojskowych ekspertów.
Donald Tusk powinien poważnie rozważyć stworzenie w Polsce systemu masowej, rozproszonej produkcji dronów.
Nie jako kolejny wielki państwowy program, który pochłonie miliardy i po kilku latach zakończy się raportem. Raczej jako próbę uwolnienia potencjału tysięcy przedsiębiorców i inżynierów. Bo bezpieczeństwo państwa nie polega wyłącznie na tym, ile sprzętu znajduje się dziś w magazynach. Polega również na tym, czy w momencie próby potrafimy ten sprzęt szybko wyprodukować. Jeżeli odpowiedź będzie twierdząca, Polska będzie znacznie bezpieczniejsza. Jeżeli nie – nawet największe zakupy mogą okazać się niewystarczające.
Oprac: J.Mac
