Connect with us
-->

Polska i Świat

Państwo, w którym posada czeka na skompromitowanych

Published

on

Są takie historie, przy których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w Polsce naprawdę istnieje coś takiego jak odpowiedzialność za własne decyzje. Czy istnieje granica, po przekroczeniu której człowiek – niezależnie od znajomości, politycznych koneksji, stanowiska czy środowiska – powinien po prostu zejść ze sceny i poczekać na wyjaśnienie sprawy.

Historia Dawida Kacprzyka pokazuje, że najwyraźniej nie.

Według ustaleń portalu Niezależna.pl, po wybuchu afery wokół Szpitala Południowego w Warszawie Kacprzyk miał szukać zatrudnienia w kolejnych szpitalach, między innymi na Podhalu. Miał rozmawiać o pracy w Szpitalu Powiatowym w Zakopanem, a jego celem miało być kontynuowanie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii. I tutaj pojawia się rzecz najbardziej znamienna. Nie prokuratura. Nie sąd. Nie urzędnicy. Nie politycy.

Lekarze.

To właśnie środowisko medyczne miało zorientować się, z kim ma do czynienia, i zaprotestować przeciwko zatrudnieniu. Według informacji cytowanych przez media lekarze mieli ostrzec dyrekcję, że taka decyzja może skończyć się katastrofą dla szpitala. Jeżeli tak rzeczywiście wyglądała ta historia, to mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko jednym przypadkiem personalnym. Mamy obraz państwa, w którym środowisko zawodowe musi bronić instytucji przed decyzjami ludzi, którzy powinni być gwarantami jej bezpieczeństwa.

Najpierw pytanie o zasadę

Nie interesuje mnie w tej historii przede wszystkim to, czy ktoś jest związany z Koalicją Obywatelską, PiS-em, Lewicą czy jakimkolwiek innym ugrupowaniem. Polityczne barwy są tutaj drugorzędne. Interesuje mnie zasada. Jeżeli wobec konkretnej osoby istnieją poważne publiczne zarzuty dotyczące funkcjonowania w systemie ochrony zdrowia, jeżeli sprawa jest przedmiotem zainteresowania organów ścigania, a jednocześnie ta osoba próbuje znaleźć zatrudnienie w kolejnych placówkach publicznej ochrony zdrowia, to dyrektor szpitala powinien mieć obowiązek zachować skrajną ostrożność.

Nie chodzi o wydawanie wyroku przed sądem. Chodzi o zwykłą odpowiedzialność. O zasadę: najpierw wyjaśnijmy sprawę, później powierzajmy człowiekowi kolejne obowiązki i publiczne pieniądze. To naprawdę nie jest radykalny postulat. To jest elementarny zdrowy rozsądek.

Wolny rynek? Tak. Ale nie państwowa karuzela

Jestem zwolennikiem wolności gospodarczej. Uważam, że dorosły człowiek powinien mieć prawo pracować, gdzie chce, rozwijać się zawodowo i szukać dla siebie lepszej przyszłości. Ale wolność nie oznacza prawa do tego, aby publiczne instytucje miały obowiązek dawać komuś kolejną szansę za pieniądze podatników. To zasadnicza różnica. Jeżeli prywatny przedsiębiorca chce zatrudnić człowieka, wobec którego pojawiają się kontrowersje – jego firma, jego ryzyko, jego odpowiedzialność.

Szpital publiczny to jednak zupełnie inna historia. Tutaj mamy pieniądze publiczne. Mamy bezpieczeństwo pacjentów. Mamy odpowiedzialność za zdrowie i życie ludzi. Dlatego nie powinno być żadnej taryfy ulgowej.

Ani dla lekarza. Ani dla dyrektora. Ani dla polityka. Ani dla człowieka z partyjnymi znajomościami.

Najbardziej przeraża nie sama kariera. Przeraża system

Jeżeli doniesienia o kolejnych próbach znalezienia zatrudnienia są prawdziwe, najbardziej niepokojące nie jest nawet to, że ktoś próbuje rozpocząć zawodowe życie na nowo. Najbardziej niepokojące jest to, że najwyraźniej w Polsce można stosunkowo łatwo przenosić się z jednej publicznej placówki do drugiej, zanim poprzednia sprawa zostanie ostatecznie wyjaśniona. To jest mechanizm, który powinien budzić sprzeciw. Bo wtedy odpowiedzialność zaczyna wyglądać jak gra w gorącego ziemniaka. Jedna placówka ma problem? Przenieśmy człowieka gdzie indziej. Tam pojawiają się pytania? Szukamy kolejnego miejsca.

Aż w końcu wszyscy rozkładają ręce i mówią:

„Przecież pracuje gdzie indziej, więc chyba wszystko jest w porządku”.

Nie. Nie jest.

A gdzie są instytucje?

W całej tej historii szczególnie uderza jeszcze jedno. Jeżeli – jak wynika z doniesień – lekarze musieli sami alarmować dyrekcję szpitala, to trzeba zadać pytanie: kto właściwie ma pilnować standardów w publicznej ochronie zdrowia? Dyrektor? Starostwo? Organy nadzoru? NFZ? Ministerstwo? Prokuratura? A może wszyscy po trochu i dlatego ostatecznie nie odpowiada nikt? Bo właśnie tak powstaje państwo bezsilne.

Państwo, w którym każdy formalnie ma kompetencje, ale kiedy pojawia się realny problem, odpowiedzialność rozpływa się między gabinetami, procedurami i paragrafami.

I tutaj dochodzimy do sedna

Nie twierdzę, że Dawid Kacprzyk jest winny przestępstwa. O tym – jeżeli dojdzie do procesu – powinien zdecydować sąd. I właśnie dlatego trzeba być konsekwentnym.

Domniemanie niewinności jest święte.

Ale domniemanie niewinności nie oznacza domniemania kompetencji. Nie oznacza również obowiązku zatrudnienia. Nie oznacza gwarancji kolejnego stanowiska w publicznej placówce. Dyrektor szpitala ma prawo powiedzieć: nie zatrudnię pana, ponieważ w obecnych okolicznościach ryzyko dla mojej placówki jest zbyt duże. I nie musi przy tym nikogo skazywać. To jest właśnie wolność decyzji.

Najbardziej kuriozalny jest kontrast

Z jednej strony mamy system, który potrafi miesiącami, a czasem latami analizować sprawy dotyczące osób publicznych. Z drugiej – człowiek może w tym czasie próbować układać sobie zawodową przyszłość w kolejnych placówkach. I tu pojawia się pytanie, którego nie wolno zamiatać pod dywan: co właściwie oznacza odpowiedzialność w państwie, w którym postępowanie trwa tak długo, że człowiek może w międzyczasie zbudować sobie kolejną karierę?

Jeżeli materiał dowodowy jest wystarczający – działajcie. Jeżeli nie jest – zamknijcie sprawę. Jeżeli sprawa wymaga dalszego postępowania – prowadźcie je sprawnie. Ale państwo nie może funkcjonować w wiecznym stanie zawieszenia. Bo w takim systemie wygrywa nie ten, kto zachowuje się przyzwoicie, lecz ten, kto potrafi najdłużej przeczekać.

Zakopane powiedziało „nie”

I dlatego – paradoksalnie – warto docenić tych lekarzy z Zakopanego, którzy mieli powiedzieć „nie”. Niezależnie od polityki. Niezależnie od nazwisk. Niezależnie od tego, kto komu sprzyja. Jeżeli lekarze rzeczywiście uznali, że zatrudnienie konkretnej osoby może zaszkodzić ich szpitalowi i zabrali w tej sprawie głos, to wykonali swoją robotę. To jest właśnie odpowiedzialność środowiska zawodowego. Nie donosicielstwo. Nie polityka. Nie polowanie na człowieka.

Odpowiedzialność.

Bo lekarz powinien przede wszystkim odpowiadać przed swoim sumieniem i pacjentem. Dyrektor – przed szpitalem. A osoby zarządzające publicznymi pieniędzmi – przed obywatelami.

Koniec z zasadą „swoi zawsze się odnajdą”

Najbardziej niszczącym elementem polskiego życia publicznego nie jest nawet korupcja w klasycznym rozumieniu. Jest nim przekonanie, że „jakoś to będzie”. Że znajdzie się stanowisko. Że znajdzie się szpital. Że znajdzie się kolega. Że znajdzie się polityczne środowisko. Że znajdzie się prawnik. Że znajdzie się procedura. A jeżeli nie – pozostaje przeczekać. To właśnie ten mechanizm niszczy zaufanie do państwa. Bo zwykły człowiek widzi wtedy coś bardzo prostego: dla niego są przepisy, terminy, kontrole, podatki i odpowiedzialność. Dla ludzi z odpowiednimi znajomościami – furtki. Jeżeli tak jest, to trzeba ten mechanizm rozbić. Bez względu na to, kto akurat rządzi.

Nie potrzebujemy kolejnych „złotych dzieci”

Polska ochrona zdrowia nie potrzebuje „złotych dzieci” systemu. Potrzebuje lekarzy, którzy są świetnymi fachowcami. Potrzebuje pielęgniarek. Potrzebuje ratowników. Potrzebuje dobrze zarządzanych szpitali. Potrzebuje dyrektorów, którzy potrafią powiedzieć „nie”, kiedy coś budzi ich poważne wątpliwości. I przede wszystkim potrzebuje odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Bo publiczne pieniądze nie są niczyje. To pieniądze obywateli. A publiczny szpital nie jest prywatnym folwarkiem dyrektora, starosty, ministra ani żadnego partyjnego środowiska. To własność obywateli.

Twarda zasada powinna być jedna

Nie chcę państwa, które zakazuje człowiekowi pracować tylko dlatego, że jest niewygodny politycznie. Ale równie mocno nie chcę państwa, które udaje, że nic się nie stało, gdy wokół człowieka pojawiają się poważne pytania. Wolność bez odpowiedzialności zamienia się w samowolę. Odpowiedzialność bez wolności zamienia się w państwowy zamordyzm. Potrzebujemy obu. Dlatego sprawa Kacprzyka powinna być przede wszystkim testem dla instytucji. Niech prokuratura zrobi swoje. Niech sąd – jeśli będzie taka potrzeba – zrobi swoje. Niech dyrektorzy szpitali podejmują decyzje bez nacisków politycznych. Niech lekarze mają odwagę mówić, kiedy uważają, że dzieje się coś złego.

I niech wreszcie przestanie obowiązywać zasada, że najważniejsze jest znalezienie człowiekowi kolejnego miejsca, zanim poprzednia historia zdąży się zakończyć. Bo państwo poważne nie polega na tym, że swoich ludzi zawsze gdzieś upchnie. Państwo poważne polega na tym, że te same zasady obowiązują wszystkich. I właśnie tego powinniśmy się domagać. Nie zemsty. Nie politycznego odwetu. Nie publicznego linczu.

Zwyczajnej odpowiedzialności.

A jeżeli komuś się ona nie podoba, to być może problemem nie jest państwo.

Być może problemem jest to, że zbyt długo przyzwyczailiśmy się do państwa, w którym odpowiedzialność można było ominąć.

Joanna Mac

Continue Reading
Skomentuj post

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *