Connect with us
-->

Polska i Świat

Prezydent ma prawo powiedzieć: sprawdzam

Published

on

„Nie będzie tak, panie prezydencie”. Tyle że to właśnie prezydent ma prawo powiedzieć: sprawdzam

Wypowiedź Włodzimierza Czarzastego, że „nie będzie tak, panie prezydencie”, brzmi efektownie, ale w istocie odsłania coś znacznie ważniejszego niż kolejny polityczny konflikt. Pokazuje bowiem, że spór pomiędzy Karolem Nawrockim a większością sejmową coraz wyraźniej staje się sporem o to, czym w praktyce ma być urząd prezydenta w Polsce: czy ma być wyłącznie strażnikiem procesu podpisywania ustaw przygotowanych przez rządową większość, czy też ma aktywnie korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień i przedstawiać własną wizję państwa.

Z punktu widzenia prezydenta Karola Nawrockiego odpowiedź jest oczywista. Został wybrany przez obywateli nie po to, aby być notariuszem decyzji rządu, lecz po to, aby reprezentować własny mandat społeczny. I właśnie dlatego jego spór z marszałkiem Sejmu nie powinien być przedstawiany jako kaprys prezydenta, który „wtrąca się” do pracy parlamentu. Jest to normalny element systemu, w którym różne organy państwa posiadają własne kompetencje, a polityczne większości muszą się ze sobą ścierać i szukać kompromisu.

Prezydent nie jest dekoracją

Karol Nawrocki podczas wystąpienia z okazji rocznicy objęcia urzędu wskazywał, że Sejm nie podjął procedowania 21 z 22 projektów ustaw przedstawionych przez niego. Podkreślał przy tym, że chce zmienić model prezydentury poprzez znacznie aktywniejsze wykorzystywanie inicjatywy ustawodawczej.

To bardzo ważna deklaracja, ponieważ przez lata polska polityka przyzwyczaiła się do sytuacji, w której prezydent i rząd albo pochodzą z tego samego obozu, albo prezydent ogranicza się do reagowania na projekty przygotowywane przez większość parlamentarną. Nawrocki najwyraźniej chce zbudować inną prezydenturę – prezydenturę, która nie tylko podpisuje albo wetuje, ale również sama proponuje rozwiązania.

I właśnie z tym zaczyna mieć problem obecna większość sejmowa.

Można oczywiście krytykować poszczególne projekty prezydenta, można uważać je za kosztowne, błędne czy niezgodne z Konstytucją. Sejm ma do tego pełne prawo. Czym innym jest jednak merytoryczne odrzucenie propozycji prezydenta, a czym innym stworzenie sytuacji, w której projekty głowy państwa są przez długi czas zatrzymywane na etapie parlamentarnym.

Jeżeli prezydent ma inicjatywę ustawodawczą, to naturalnym elementem demokracji powinno być poddanie jego pomysłów normalnej debacie parlamentarnej.

„Nie będzie tak, panie prezydencie”

Właśnie dlatego słowa Czarzastego są interesujące.

Marszałek Sejmu argumentuje, że nie będzie procedował projektów, które uważa za wadliwe. Wskazuje między innymi na projekt dotyczący SAFE, ustawę dotyczącą prawa do sądu oraz propozycję dotyczącą cen energii, podkreślając przy tym, że w jego ocenie projekty mają poważne problemy prawne albo finansowe.

Tyle że z perspektywy prezydenta można postawić pytanie: kto powinien ostatecznie rozstrzygnąć te spory – marszałek Sejmu czy parlament?

Jeżeli projekt jest niekonstytucyjny, należy to wykazać w procesie legislacyjnym. Jeżeli jest kosztowny, należy przeprowadzić debatę nad jego finansowaniem. Jeżeli wymaga poprawek, można go poprawić. Parlament właśnie po to istnieje, aby projekty ustaw analizować, opiniować, zmieniać i ostatecznie przyjmować albo odrzucać.

Tymczasem komunikat „nie będzie tak, panie prezydencie” może zostać odebrany jako coś znacznie bardziej zasadniczego: jako deklaracja, że marszałek Sejmu będzie filtrował prezydenckie inicjatywy według własnej oceny politycznej.

A to już powinno budzić pytania.

SAFE pokazuje, o co naprawdę chodzi

Najlepiej widać to na przykładzie programu SAFE.

Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę dotyczącą unijnego instrumentu SAFE, argumentując między innymi, że mechanizm wiąże polskie bezpieczeństwo z decyzjami instytucji europejskich, a także generuje wieloletnie zobowiązania finansowe. Jednocześnie nie poprzestał na samym wecie, lecz przedstawił alternatywę w postaci Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych, określanego jako „Polski SAFE 0%”.

To istotny szczegół.

Można uważać pomysł prezydenta za dobry albo zły, ale trudno uczciwie powiedzieć, że Nawrocki po prostu mówi: „nie chcę SAFE i koniec”. Przedstawił własną koncepcję finansowania bezpieczeństwa i skierował ją do Sejmu. Oficjalne materiały Kancelarii Prezydenta wskazują, że projekt Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych miał stanowić alternatywę dla unijnego mechanizmu i zakładać finansowanie oparte na krajowych zasobach.

Marszałek Czarzasty zdecydował jednak, że projektowi nie zostanie nadany numer druku, powołując się między innymi na wątpliwości dotyczące jego konstytucyjności i źródeł finansowania.

I tutaj pojawia się zasadniczy problem.

Jeżeli prezydent przedstawia alternatywny projekt dotyczący bezpieczeństwa państwa, to lepszym rozwiązaniem byłoby otwarcie nad nim debaty, przedstawienie opinii ekspertów, wskazanie wad, zaproponowanie poprawek i dopiero później podjęcie decyzji.

Nie chodzi przecież o to, aby Sejm musiał przyjąć każdą ustawę prezydenta. Chodzi o to, aby prezydent nie musiał prosić większości parlamentarnej o zgodę na samo rozpoczęcie dyskusji nad własnym projektem.

Prezydent ma własny mandat

Warto pamiętać o jednej podstawowej rzeczy: Karol Nawrocki nie został mianowany prezydentem przez Sejm.

Został wybrany w wyborach powszechnych.

Oznacza to, że posiada własny mandat demokratyczny, który nie pochodzi od Donalda Tuska, Włodzimierza Czarzastego ani żadnego innego polityka większości parlamentarnej.

Można nie lubić Nawrockiego. Można krytykować jego decyzje. Można uważać, że część jego projektów jest źle przygotowana. Można również uważać, że w niektórych kwestiach idzie zbyt daleko.

Ale nie można udawać, że jego mandat jest mniej demokratyczny niż mandat posłów.

Prezydent ma swoje kompetencje, Sejm ma swoje kompetencje, Senat ma swoje, a rząd ma jeszcze inne. Cały sens konstytucyjnego podziału władzy polega na tym, że żadna z tych instytucji nie może powiedzieć pozostałym: „będziecie robić dokładnie to, co wam każę”.

„Rząd nie ma fabryki pieniędzy”

Czarzasty ma oczywiście rację w jednej kwestii: państwo nie posiada magicznej fabryki pieniędzy, a każda ustawa powodująca poważne wydatki powinna wskazywać realne źródła finansowania.

To jest argument, który należy traktować poważnie niezależnie od politycznych sympatii.

Ale właśnie dlatego należy przeprowadzić debatę.

Jeżeli projekt prezydenta zakłada wydatki, Sejm powinien powiedzieć, ile dokładnie kosztuje proponowane rozwiązanie, jakie będą jego konsekwencje dla budżetu i skąd należy pozyskać pieniądze. Jeżeli rozwiązanie jest rzeczywiście złe, większość parlamentarna powinna być w stanie przekonać do tego opinię publiczną.

Demokracja nie polega jednak na tym, że marszałek Sejmu mówi: „projekt jest bublem, więc nie będziemy o nim rozmawiać”.

Demokracja polega na tym, że przeciwnikowi politycznemu pozwala się przedstawić argumenty, a następnie te argumenty się odpiera.

W tej sprawie Nawrocki ma mocny argument

Prezydent może więc odpowiedzieć Czarzastemu: właśnie dlatego, że jesteśmy poważnymi politykami, powinniśmy rozmawiać.

Jeżeli projekt jest zły – pokażcie dlaczego.

Jeżeli jest niekonstytucyjny – przedstawcie opinię prawną.

Jeżeli jest za drogi – przedstawcie wyliczenia.

Jeżeli nie ma źródeł finansowania – wskażcie to w debacie parlamentarnej.

A następnie zagłosujcie przeciwko.

Tak właśnie powinien działać parlament.

W przeciwnym razie powstaje wrażenie, że większość sejmowa chce nie tyle oceniać projekty prezydenta, ile kontrolować, które z nich w ogóle mogą wejść do publicznej debaty.

A to jest różnica fundamentalna.

Nie chodzi tylko o Nawrockiego

Co ciekawe, problem ten wykracza poza osobę Karola Nawrockiego.

Dzisiaj większość parlamentarna może uważać, że prezydent przesadza. Jutro może się jednak zmienić układ polityczny i prezydent może pochodzić z zupełnie innego obozu. Jeżeli przyjmiemy zasadę, że większość sejmowa może praktycznie ignorować inicjatywy prezydenta, kiedy uważa je za politycznie niewygodne, to tworzymy mechanizm, który w przyszłości może uderzyć również w tych, którzy dzisiaj z niego korzystają.

Dlatego spór Nawrockiego z Czarzastym warto potraktować jako test polskiej demokracji.

Nie test tego, kto ma rację w sporze o SAFE.

Nie test tego, czy prezydent jest bardziej prawicowy, czy marszałek bardziej lewicowy.

To test tego, czy potrafimy zaakceptować sytuację, w której różne demokratycznie wybrane ośrodki władzy mają inne zdanie.

Prezydent nie powinien być „notariuszem”

Karol Nawrocki zapowiadał prezydenturę opartą na haśle „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” i na aktywnym wykorzystywaniu inicjatywy ustawodawczej. W praktyce oznacza to wejście w konflikt z rządem i większością sejmową, która posiada własny program polityczny.

I dobrze.

Nie dlatego, że każdy konflikt jest dobry, lecz dlatego, że w demokracji spór pomiędzy instytucjami może pełnić funkcję bezpiecznika.

Prezydent nie powinien być dekoracją w Pałacu Prezydenckim ani notariuszem większości sejmowej. Jeżeli ma inną wizję bezpieczeństwa, gospodarki, energetyki, sądownictwa czy polityki społecznej, powinien mieć prawo ją przedstawić.

Sejm ma natomiast prawo ją odrzucić.

Ale między tymi dwoma rzeczami jest jeszcze coś niezwykle ważnego: debata.

I właśnie tej debaty nie powinno się bać.

„Nie będzie tak” – ale jak będzie?

Dlatego odpowiedź na słowa Włodzimierza Czarzastego powinna być spokojna, ale stanowcza.

Tak, panie marszałku – nie będzie tak, że prezydent będzie dyktował Sejmowi, jakie ustawy ma uchwalać.

Ale nie powinno być również tak, że marszałek Sejmu będzie decydował, których pomysłów prezydenta Polacy w ogóle nie będą mieli okazji zobaczyć w pełnej debacie parlamentarnej.

Prezydent ma prawo przedstawiać własne projekty.

Sejm ma prawo je poprawiać albo odrzucać.

Rząd ma prawo je krytykować.

Eksperci mają prawo je analizować.

A obywatele mają prawo wiedzieć, dlaczego jedni chcą danego rozwiązania, a drudzy je odrzucają.

To jest demokracja.

I dlatego w tym sporze Karol Nawrocki nie powinien się wycofywać. Powinien właśnie teraz konsekwentnie korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień, przedstawiać kolejne projekty, domagać się ich merytorycznej oceny i zmuszać większość parlamentarną do pokazania Polakom, dlaczego odrzuca poszczególne propozycje.

Bo prezydent, który tylko podpisuje ustawy przygotowane przez innych, jest wygodny dla każdego rządu.

Prezydent, który przedstawia własną wizję Polski i domaga się publicznej debaty, jest znacznie trudniejszym partnerem.

I być może właśnie dlatego obecny konflikt jest potrzebny.

Nie po to, aby prezydent wygrał z Sejmem. Po to, aby żadna większość nie mogła uznać, że Sejm jest jej prywatnym folwarkiem, a prezydent ma jedynie siedzieć cicho i podpisywać.**

To byłoby znacznie gorsze dla polskiej demokracji niż najbardziej ostry spór pomiędzy Pałacem Prezydenckim a parlamentem.

Autor: Joanna Mac

Continue Reading
Skomentuj post

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *