Publicystyka
Najpierw Polak, potem Europejczyk. Lekcja kardynała Roberta Saraha dla Europy
Najpierw Polak, potem Europejczyk. Lekcja kardynała Roberta Saraha dla Europy, która traci wiarę w samą siebie
„Jesteście przede wszystkim Polakami, katolikami, a dopiero potem Europejczykami. Nie powinniście poświęcać tych dwóch pierwszych tożsamości na ołtarzu bezpaństwowej, technokratycznej Europy” – słowa kardynała Roberta Saraha, wypowiedziane podczas jego wizyty w Polsce, brzmią dzisiaj wyjątkowo mocno. Można oczywiście spierać się z poszczególnymi elementami jego diagnozy, można również mieć inne zdanie na temat przyszłości Unii Europejskiej czy polityki migracyjnej, trudno jednak odmówić tym słowom jednej fundamentalnej zalety: zmuszają do postawienia pytania, którego współczesna Europa coraz bardziej unika – kim właściwie jesteśmy i po co chcemy istnieć jako wspólnota?
To pytanie jest znacznie ważniejsze niż kolejny spór o kompetencje Komisji Europejskiej, wysokość unijnego budżetu czy kształt następnego rozporządzenia. Można bowiem stworzyć sprawny wspólny rynek, rozbudowane instytucje, wspólną walutę i tysiące szczegółowych regulacji, a mimo to pozostawić Europę pozbawioną odpowiedzi na pytanie, dlaczego kolejne pokolenia miałyby chcieć ją zachować. Właśnie dlatego warto powrócić do myśli Roberta Saraha, którego diagnoza europejskiego kryzysu dotyka nie tylko polityki, ale przede wszystkim kultury, religii, demografii i samego sposobu rozumienia człowieka.
Kardynał z Gwinei, który przypomina Europejczykom, kim byli
Robert Sarah nie jest politykiem, europejskim urzędnikiem ani zawodowym komentatorem. Urodził się 15 czerwca 1945 roku w Ourous w Gwinei, w 1969 roku został wyświęcony na kapłana, a dziesięć lat później, mając zaledwie 34 lata, został arcybiskupem Conakry. Był wówczas najmłodszym biskupem na świecie. W kolejnych latach pełnił ważne funkcje w Watykanie, między innymi sekretarza Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów oraz przewodniczącego Papieskiej Rady „Cor Unum”, a w latach 2014–2021 był prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. W 2010 roku Benedykt XVI wyniósł go do godności kardynalskiej.
Ta biografia ma znaczenie dla zrozumienia jego spojrzenia na Europę, ponieważ Sarah nie jest człowiekiem, który urodził się w Paryżu, Berlinie czy Warszawie i od dzieciństwa funkcjonował w świecie europejskiej cywilizacji. Pochodzi z Afryki, dorastał w rzeczywistości zupełnie odmiennej od tej, którą znamy z Zachodu, a mimo to przez całe swoje życie pozostawał głęboko związany z chrześcijaństwem, europejską kulturą i Kościołem powszechnym. Być może właśnie dlatego potrafi dostrzec coś, czego wielu Europejczyków już nie zauważa.
Człowiek, który przez całe życie mieszka w swoim domu, często przestaje dostrzegać jego wartość, ponieważ wszystko, co się w nim znajduje, wydaje mu się oczywiste. Dopiero ktoś przychodzący z zewnątrz może powiedzieć: macie tutaj coś niezwykle cennego i właśnie zaczynacie to tracić. W pewnym sensie Sarah pełni wobec Europy właśnie taką rolę.
„Najpierw Polak, potem Europejczyk”
Zdanie z grafiki, która stała się punktem wyjścia tego tekstu, jest mocne, ponieważ uderza w jeden z najważniejszych mitów współczesnej Europy – przekonanie, że budowanie europejskiej wspólnoty wymaga stopniowego osłabiania narodowych tożsamości.
Sarah nie mówi przecież: „nie bądźcie Europejczykami”. Jego przesłanie można odczytać inaczej: zanim zaczniecie budować szerszą wspólnotę, musicie wiedzieć, kim jesteście i co właściwie chcecie do tej wspólnoty wnieść. Polak świadomy własnej historii, języka, kultury, religii i narodowej wspólnoty może być jednocześnie Europejczykiem, podobnie jak Francuz, Włoch czy Hiszpan może zachować własną tożsamość, a jednocześnie uczestniczyć w europejskim projekcie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy europejskość zostaje przedstawiona nie jako wspólnota różnych narodów, ale jako projekt mający stopniowo zastąpić ich historyczną tożsamość. Człowiek, który nie wie, kim jest, może oczywiście zostać Europejczykiem, ale będzie to europejskość rozumiana wyłącznie administracyjnie – jako przynależność do określonego obszaru gospodarczego i politycznego, posiadanie określonych praw oraz uczestnictwo w instytucjach wspólnotowych. To jednak zdecydowanie za mało, aby zbudować trwałą cywilizację.
Sarah mówił po swojej wizycie w Polsce, że Polska ma własną misję oraz że narody powinny zachować swoje kultury, tradycje i historię. Krytykował również wizję Europy redukowanej do wolnego rynku i instytucji, które coraz bardziej oddalają się od narodowych wspólnot. Można uznać część tych sformułowań za zbyt radykalne, ale trudno odmówić im prowokacyjnej siły, ponieważ prowadzą do pytania, którego nie można łatwo zbyć: czy Europa jest jeszcze wspólnotą narodów, czy zaczyna stawać się przede wszystkim projektem zarządzania ludnością zamieszkującą określone terytorium?
Europa ma problem znacznie większy niż imigracja
W debacie o migracji bardzo często zaczynamy od granicy, tymczasem być może powinniśmy zacząć znacznie wcześniej – od kołyski, rodziny i pytania o to, dlaczego Europejczycy mają coraz mniej dzieci.
Europa ma bowiem problem demograficzny, którego nie da się rozwiązać konferencją prasową, kolejnym programem socjalnym czy jednorazową kampanią informacyjną. Współczynnik dzietności w Unii Europejskiej od wielu lat pozostaje zdecydowanie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, a społeczeństwa państw europejskich starzeją się. Oznacza to, że z każdym kolejnym pokoleniem zmienia się proporcja pomiędzy osobami młodymi i aktywnymi zawodowo a ludźmi starszymi, którzy korzystają z systemu emerytalnego, opieki zdrowotnej i innych usług publicznych.
To nie jest wyłącznie statystyczna ciekawostka, lecz pytanie o przyszłość całego kontynentu. Jeżeli społeczeństwo przez kilka pokoleń rodzi coraz mniej dzieci, coraz później zakłada rodziny i coraz częściej traktuje rodzicielstwo jako przeszkodę w realizacji indywidualnego projektu życia, problem nie kończy się na wykresach demograficznych. Zmienia się cała struktura społeczeństwa, gospodarki i kultury.
W pewnym momencie pojawia się więc pytanie, którego Europa przez wiele lat próbowała unikać: kto będzie pracował, płacił podatki i utrzymywał system emerytalny oraz ochronę zdrowia w starzejącym się społeczeństwie?
Demografia to nie tylko liczba pracowników
W tym miejscu warto wykonać kolejny krok, ponieważ dziecko nie jest przecież wyłącznie przyszłym pracownikiem, podatnikiem czy płatnikiem składek emerytalnych. Jest przyszłym członkiem wspólnoty, człowiekiem, który będzie mówił określonym językiem, wychowywał się w określonej kulturze, przejmował pamięć poprzednich pokoleń i decydował o tym, jak będzie wyglądało społeczeństwo za kilkadziesiąt lat.
Dlatego kryzys demograficzny jest jednocześnie kryzysem kulturowym. Jeżeli przez kilka pokoleń Europejczycy mają coraz mniej dzieci, coraz później zakładają rodziny, coraz mniej wierzą w trwałość małżeństwa, a rodzicielstwo coraz częściej traktowane jest jako przeszkoda w realizacji osobistych ambicji, to konsekwencje wykraczają daleko poza kwestie ekonomiczne.
W najnowszych prognozach demograficznych widać, że Europa będzie musiała mierzyć się z gwałtownym wzrostem liczby osób starszych w stosunku do populacji w wieku produkcyjnym. Oznacza to ogromne obciążenie dla systemów emerytalnych, ochrony zdrowia i finansów publicznych, ale także coraz większą presję na rynek pracy.
Europa może więc próbować uzupełniać braki poprzez migrację, ale pozostaje pytanie, czy jest to rozwiązanie problemu, czy tylko łagodzenie jego skutków. Migracja może zwiększyć liczbę ludzi mieszkających i pracujących w Europie, nie jest jednak w stanie odwrócić przyczyny kryzysu demograficznego, którą jest przede wszystkim bardzo niska dzietność europejskich społeczeństw.
Można sprowadzić pracowników, ale nie można sprowadzić dzieci, których Europa sama nie urodziła.
Najłatwiej powiedzieć: „potrzebujemy imigrantów”
Rozwiązanie polegające na zwiększaniu migracji jest kuszące, ponieważ z ekonomicznego punktu widzenia wydaje się stosunkowo proste. Jeżeli brakuje pracowników, można ich sprowadzić, jeżeli brakuje rąk do pracy w określonych sektorach, można otworzyć rynek dla osób z innych państw, a jeżeli społeczeństwo się starzeje, można próbować uzupełniać populację migracją.
Problem polega jednak na tym, że człowiek nie jest jednostką siły roboczej.
Każdy migrant jest również człowiekiem posiadającym język, religię, rodzinę, obyczaje, pamięć historyczną i własną tożsamość. Migracja nie jest więc wyłącznie procesem gospodarczym, lecz także zjawiskiem społecznym i kulturowym, które wpływa na państwo przyjmujące, ale również na państwa, z których migranci wyjeżdżają.
W tym miejscu warto przywołać poglądy kardynała Saraha, który wielokrotnie wskazywał, że lepszym rozwiązaniem dla Afryki powinno być tworzenie warunków do rozwoju własnych państw niż zachęcanie młodych ludzi do masowego opuszczania swoich krajów w poszukiwaniu lepszego życia w Europie.
To stanowisko nie musi oznaczać obojętności wobec cierpienia ludzi. Wręcz przeciwnie, można je odczytać jako sprzeciw wobec świata, w którym biedniejszym społeczeństwom proponuje się w gruncie rzeczy prostą receptę: zamiast budować własne państwa, przyjedźcie do bogatszych.
Sarah zwraca uwagę na problem, który w europejskiej debacie bywa pomijany – masowa emigracja ludzi młodych i wykształconych może osłabiać kraje ich pochodzenia, pozbawiając je ludzi najbardziej potrzebnych do budowania własnych instytucji, gospodarki i społeczeństwa.
Nielegalna imigracja to jeszcze inny problem
Trzeba przy tym zachować ważne rozróżnienie, ponieważ czym innym jest legalna migracja zarobkowa, czym innym uchodźctwo, a jeszcze czym innym nielegalne przekraczanie granicy oraz działalność przemytników ludzi.
Poważna polityka migracyjna powinna być oparta na jasnych zasadach: państwo ma prawo decydować, kto może legalnie przekroczyć jego granicę, powinno dysponować sprawnym systemem azylowym, szybko rozpatrywać wnioski, skutecznie odsyłać osoby, które nie mają prawa pobytu, oraz zdecydowanie zwalczać organizacje zajmujące się przemytem ludzi.
Nie oznacza to braku szacunku dla człowieka, który znajduje się w trudnej sytuacji. Oznacza natomiast uznanie podstawowej zasady, że państwo, które nie kontroluje własnej granicy i nie potrafi skutecznie egzekwować własnego prawa migracyjnego, stopniowo traci zdolność do decydowania o własnej przyszłości.
Właśnie tutaj słowa Saraha o narodzie, ziemi, kulturze i miejscu człowieka nabierają dodatkowego znaczenia, ponieważ pytanie o migrację jest w istocie również pytaniem o to, czym jest wspólnota polityczna i czy ma ona prawo chronić własną ciągłość kulturową.
Naród nie jest błędem historii
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów myśli Saraha jest przekonanie, że człowiek potrzebuje zakorzenienia. Jest to idea bardzo stara, obecna zarówno w tradycji chrześcijańskiej, jak i w wielu innych nurtach europejskiej myśli.
Człowiek ma język, rodzinę, historię, miejsce urodzenia, groby przodków, lokalną wspólnotę i religię, a wszystkie te elementy tworzą przestrzeń, w której buduje własną tożsamość. Nie jesteśmy abstrakcyjnymi „obywatelami świata”, których można bez żadnej straty przenieść z jednego końca globu na drugi.
Sarah posługuje się obrazem drzewa: podobnie jak drzewo człowiek potrzebuje ziemi, w której może zapuścić korzenie. Jest to metafora niezwykle trafna, ponieważ pokazuje, że zakorzenienie nie musi oznaczać zamknięcia na świat. Przeciwnie, człowiek, który wie, skąd pochodzi, może znacznie łatwiej spotkać się z kimś pochodzącym z zupełnie innego miejsca, ponieważ nie musi rezygnować z własnej tożsamości, aby okazać szacunek drugiemu człowiekowi.
Naród nie jest więc błędem historii, który należy jak najszybciej przezwyciężyć. Może być jedną z form zakorzenienia, dzięki której człowiek czuje odpowiedzialność za miejsce, w którym żyje, za ludzi, z którymi dzieli język i historię, oraz za przyszłe pokolenia.
Europa bez chrześcijaństwa?
Tutaj dochodzimy do najważniejszej części przesłania Saraha, ponieważ jego krytyka Europy nie dotyczy wyłącznie Brukseli, migracji czy polityki państw narodowych. U podstaw jego myślenia znajduje się przede wszystkim krytyka duchowej pustki Zachodu.
Europa chce zachować dobrobyt, bezpieczeństwo i prawa człowieka, ale coraz częściej nie chce pamiętać, skąd wyrósł system wartości, który przez stulecia kształtował europejską cywilizację. Chce mówić o wolności, ale coraz mniej chce rozmawiać o odpowiedzialności, która powinna być nieodłącznym elementem wolności. Chce chronić godność człowieka, ale jednocześnie coraz częściej ma problem z odpowiedzią na pytanie, czym właściwie jest człowiek i dlaczego jego życie posiada niezbywalną wartość.
W tym sensie Sarah jest postacią niezwykle interesującą, ponieważ nie jest Europejczykiem urodzonym w zachodniej części kontynentu, który broni swojej cywilizacji wyłącznie z przyzwyczajenia. Jest Afrykańczykiem, który przyjął chrześcijaństwo, studiował w Europie i stał się jednym z ważnych głosów Kościoła powszechnego, a jego doświadczenie pozwala mu patrzeć na zachodnią cywilizację jednocześnie z bliska i z pewnego dystansu.
Być może właśnie dlatego jego diagnoza jest dla wielu Europejczyków tak niewygodna.
„Nie poświęcajcie własnej tożsamości”
Najważniejsze zdanie z przytoczonego cytatu nie brzmi nawet „najpierw Polacy”. Najważniejsze jest ostrzeżenie, aby nie poświęcać własnej tożsamości „na ołtarzu” technokratycznej i bezpaństwowej Europy.
To ostrzeżenie przed czymś znacznie głębszym niż Unia Europejska jako konkretna organizacja polityczna. Technokracja ma bowiem naturalną pokusę sprowadzania rzeczywistości do danych, wskaźników, procedur i mechanizmów zarządzania: demografię można zamienić w wykres, migrację w tabelę, rodzinę w wskaźnik dzietności, pracownika w jednostkę rynku pracy, obywatela w konsumenta, naród w region, a religię w prywatne hobby.
Tymczasem człowiek nie jest tabelą Excela.
Nie da się zbudować trwałej wspólnoty wyłącznie za pomocą procedur, regulacji i instytucji, ponieważ wspólnota potrzebuje czegoś więcej: pamięci, lojalności, odpowiedzialności, wspólnych symboli, kultury i przekonania, że istnieje coś, co warto przekazać następnym pokoleniom.
Europa potrzebuje nie tylko migrantów. Potrzebuje dzieci
Być może właśnie tutaj znajduje się najważniejszy wniosek płynący z całej dyskusji. Jeżeli Europa rzeczywiście chce odwrócić kryzys demograficzny, musi przede wszystkim odbudować prestiż rodziny i rodzicielstwa, a nie traktować migracji jako podstawowego narzędzia łatania wszystkich braków demograficznych.
Nie chodzi przy tym o przymus ani o narzucanie ludziom określonego modelu życia, lecz o stworzenie takiej kultury i takich warunków społecznych, w których posiadanie dzieci nie będzie przedstawiane jako nieracjonalne poświęcenie. Stabilna praca, dostępne mieszkania, bezpieczeństwo ekonomiczne, polityka rodzinna i możliwość pogodzenia życia zawodowego z rodzinnym mają znaczenie, ale równie ważna jest kultura, która nie przedstawia rodziny jako przeszkody w realizowaniu własnego życia.
Dziecko nie jest przecież wyłącznie kosztem, a rodzina nie jest wyłącznie odbiorcą świadczeń społecznych. Rodzina jest jednym z miejsc, w których powstaje przyszłość narodu, ponieważ to właśnie w rodzinie dziecko po raz pierwszy poznaje język, historię, kulturę, religię, obyczaje i podstawowe zasady odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Jeżeli Europa będzie miała coraz mniej własnych dzieci, będzie musiała w coraz większym stopniu uzupełniać niedobór ludności migracją. Jeżeli natomiast będzie sprowadzała ludzi bez skutecznej polityki integracyjnej i bez jasnej odpowiedzi na pytanie, czego właściwie oczekuje od nowych mieszkańców, może w pewnym momencie obudzić się w Europie, która formalnie nadal będzie istniała, ale kulturowo stanie się zupełnie innym miejscem.
Nie jest to argument przeciwko każdemu migrantowi. Jest to argument za tym, aby Europejczycy nie rezygnowali z własnej przyszłości.
Sarah mówi coś, czego Europa nie chce słyszeć
Kardynał Robert Sarah nie proponuje łatwych recept, a jego wizja jest konserwatywna, religijna i miejscami bardzo radykalna. Właśnie dlatego warto jej słuchać, nawet jeśli nie zgadzamy się ze wszystkimi jego wnioskami, ponieważ jego pytania dotyczą spraw znacznie bardziej fundamentalnych niż bieżący spór polityczny.
Co pozostanie z Europy, jeśli Europejczycy przestaną wierzyć, że ich własna cywilizacja jest warta zachowania?
Możemy dyskutować o granicach, migracji, Unii Europejskiej, polityce klimatycznej czy demografii, ale wcześniej trzeba odpowiedzieć na pytanie fundamentalne: czy mamy jeszcze coś, czego chcemy bronić?
Polska ma język, historię, pamięć Powstania Warszawskiego, kulturę, tradycję, chrześcijaństwo i własne doświadczenie państwowości. Francja ma swoją historię, Włochy swoją, Hiszpania swoją, Węgry swoją, a każdy europejski naród posiada własną opowieść, która przez pokolenia kształtowała jego mieszkańców. Europa może być wspólnotą tych narodów, ale nie musi być ich zamiennikiem.
Być może właśnie dlatego słowa afrykańskiego kardynała skierowane do Polaków powinny zostać potraktowane poważniej niż kolejny dokument europejskiej administracji. Sarah przypomina bowiem rzecz dzisiaj niemal zapomnianą: aby móc rozsądnie zdecydować, z kim chcemy budować przyszłość, najpierw musimy wiedzieć, kim sami jesteśmy.
Tożsamość nie jest przeszkodą w dialogu z innymi. Tożsamość jest warunkiem tego dialogu.
Człowiek, który zna własny dom, może zaprosić do niego gościa i opowiedzieć mu o jego historii. Człowiek, który nie wie, gdzie jest jego dom, może wprawdzie mówić o otwartości na cały świat, ale w rzeczywistości nie ma już niczego własnego, czego mógłby bronić i co mógłby przekazać dalej.
Europa nie powinna stać się bezdomna.
I właśnie dlatego słowa kardynała Roberta Saraha warto dzisiaj czytać nie jako wezwanie do zamknięcia się na świat, lecz jako przypomnienie, że otwartość pozbawiona własnej tożsamości może bardzo łatwo zamienić się w obojętność wobec własnego dziedzictwa, a wspólnota, która przestaje wierzyć we własną wartość, prędzej czy później przestaje również wiedzieć, dokąd właściwie zmierza.
Autor: Joanna Mac
