Publicystyka
Islandczycy powiedzieli „nie”!
Kiedy demokracja przeszkadza integracji. Islandczycy powiedzieli „nie”, a niemieckie media pokazują, gdzie naprawdę leży problem Unii
Są takie momenty, kiedy jedno zdanie mówi o stanie europejskiej demokracji więcej niż setki oficjalnych dokumentów. „Przerzucanie odpowiedzialności na naród jest wypaczeniem demokracji” – pisze niemiecka „Süddeutsche Zeitung”, komentując referendum na Islandii. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak część europejskich elit zaczyna postrzegać demokrację: naród jest dobry tak długo, jak długo głosuje zgodnie z oczekiwaniami.
Islandczycy zagłosowali. I najwyraźniej zagłosowali źle. Nie dla Brukseli. Nie dla europejskich elit. Nie dla tych, którzy od lat przekonują, że dalsza integracja jest nieuchronnym, historycznym i właściwie jedynym kierunkiem rozwoju kontynentu.
W referendum dotyczącym wznowienia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską 52,8 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko. Za było 47,2 proc. Islandczycy skorzystali więc z jednego z najbardziej elementarnych praw obywatelskich – powiedzieli, czego chcą od własnego państwa. I właśnie wtedy zaczęły się problemy.
Naród zagłosował. I to jest podobno „wypaczenie demokracji”
Trudno przejść obojętnie obok argumentacji „Süddeutsche Zeitung”, według której decyzję w sprawie rozpoczęcia rozmów z UE powinni podejmować politycy, a nie obywatele. To stawia sprawę na głowie. Jeżeli o fundamentalnej kwestii dotyczącej przyszłości państwa nie może zdecydować naród, to właściwie w jakiej sprawie naród ma jeszcze decydować?
Można oczywiście dyskutować o sensie referendum. Można uważać, że skomplikowane kwestie traktatowe wymagają wiedzy eksperckiej. Można krytykować kampanię referendalną, argumenty jednej czy drugiej strony, a nawet samą decyzję polityczną o przeprowadzeniu głosowania. Ale twierdzenie, że samo oddanie decyzji obywatelom jest wypaczeniem demokracji, prowadzi do bardzo niebezpiecznego wniosku.
W takim modelu demokracja zaczyna oznaczać nie „władzę narodu”, lecz zarządzanie narodem przez tych, którzy wiedzą lepiej, co naród powinien wybrać. A to już nie jest demokracja, lecz jej karykatura.
Najpierw mówi się o demokracji, później demokrację trzeba ograniczyć
Jest w tym wszystkim coś wyjątkowo przewrotnego. Przez dziesięciolecia Europejczycy słyszeli, że Unia Europejska jest wielkim projektem demokracji, wolności, współpracy i praw obywatelskich. Tymczasem kiedy obywatele konkretnego państwa korzystają z demokracji bezpośredniej i podejmują decyzję niewygodną dla zwolenników dalszej integracji, pojawia się pytanie, czy przypadkiem nie należało im tej decyzji odebrać. To nie jest drobny spór publicystyczny.
To jest spór o podstawową zasadę: kto jest suwerenem?
Czy suwerenem pozostają narody europejskich państw, które dobrowolnie zawierają między sobą umowy? Czy też z czasem suwerenność ma zostać przesunięta coraz wyżej – do instytucji ponadnarodowych, których demokratyczna legitymacja jest coraz bardziej pośrednia i coraz bardziej odległa od zwykłego obywatela? Z punktu widzenia państwa narodowego odpowiedź powinna być prosta: to obywatele są właścicielami swojej wspólnoty politycznej. Politycy są ich przedstawicielami, a nie właścicielami państwa.
Islandczycy pokazali, że można powiedzieć „nie”
Islandia nie jest krajem wielkim. Nie dysponuje potęgą militarną ani setkami milionów mieszkańców. A jednak Islandczycy przypomnieli Europie coś bardzo ważnego: integracja europejska nie jest religią, a członkostwo w Unii nie jest obowiązkiem moralnym. Można być Europejczykiem i nie być członkiem Unii Europejskiej. Można współpracować gospodarczo z europejskimi państwami, utrzymywać relacje handlowe, uczestniczyć w europejskiej przestrzeni bezpieczeństwa, a jednocześnie zachować własne instytucje i własną możliwość podejmowania decyzji. To właśnie jest wybór polityczny. I ten wybór powinien należeć do obywateli.
Niemiecka presja może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego
Paradoks polega na tym, że im bardziej europejskie elity próbują przekonywać obywateli, że integracja jest jedyną dopuszczalną drogą, tym silniejszy może być sprzeciw wobec samej idei integracji. Jeżeli człowiek słyszy, że jego zdanie jest „dezinformacją”, jego obawy są „uprzedzeniami”, a demokratyczne referendum jest „wypaczeniem demokracji”, zaczyna zadawać całkiem racjonalne pytanie: Skoro macie rację, to dlaczego tak bardzo boicie się mojego głosu? Problemem jest oderwanie europejskiego projektu od zgody obywateli.
Unia nie powinna być projektem przeciwko narodom
Europa potrzebuje współpracy. Polska potrzebuje współpracy z europejskimi państwami. Potrzebujemy wolnego handlu, swobody przemieszczania się, współpracy gospodarczej i bezpieczeństwa. Ale z tego nie wynika, że każda kolejna kompetencja powinna automatycznie trafiać do Brukseli.
Współpraca nie musi oznaczać centralizacji.
Europa nie musi wybierać między izolacją a federalnym superpaństwem. Istnieje przecież trzecia droga: Europa wolnych, suwerennych państw, które współpracują tam, gdzie jest to korzystne, ale zachowują prawo do samodzielnego decydowania o własnych sprawach.
Państwo powinno być możliwie blisko obywatela. Władza powinna być rozproszona. Decyzje powinny zapadać na możliwie najniższym szczeblu. A im bardziej decyzja dotyczy fundamentalnych kwestii ustrojowych, tym silniejsza powinna być demokratyczna kontrola nad nią.
Projekt europejski sam podcina gałąź, na której siedzi
Być może to nie eurosceptycy są dziś największym zagrożeniem dla obecnej Unii Europejskiej. Być może jest nim sama Unia – a dokładniej sposób, w jaki część jej elit próbuje ją dalej budować. Jeżeli obywatel ma wrażenie, że kolejne decyzje zapadają coraz dalej od niego, że narodowe parlamenty mają coraz mniej do powiedzenia, a każda próba zakwestionowania kierunku integracji spotyka się z moralnym potępieniem, to naturalną reakcją może być bunt. Najpierw pojawia się pytanie. Potem nieufność. Następnie mądry eurosceptycyzm. A w końcu żądanie odzyskania kompetencji przez państwo narodowe.
I tak projekt, który miał łączyć Europę, może sam zacząć ją politycznie dzielić.
Im więcej Brukseli, tym mniej Europy?
To pytanie warto postawić również w Polsce. Czy naprawdę chcemy Unii, która będzie decydowała o coraz większej liczbie spraw dotyczących naszego życia? Czy potrzebujemy kolejnych regulacji, harmonizacji i centralizacji? Czy interes Polski zawsze jest identyczny z interesem największych państw UE? Odpowiedź nie powinna być automatyczna.
Wolność zaczyna się od prawa do powiedzenia „nie”
Najbardziej niepokojące w tej historii nie jest nawet to, że część niemieckich komentatorów nie zgadza się z decyzją Islandczyków. Mają do tego pełne prawo. Niepokojące jest coś innego – sugestia, że obywatele nie powinni byli dostać możliwości samodzielnego rozstrzygnięcia tej kwestii. Bo wolność demokratyczna nie polega na tym, że możemy wybierać między odpowiedzią „A” i „B”, które zaakceptowała elita. Wolność polega również na możliwości powiedzenia „nie” całemu projektowi. Islandczycy właśnie to zrobili.
I zamiast obrażać się na wynik, europejskie elity powinny zadać sobie znacznie trudniejsze pytanie: dlaczego coraz więcej Europejczyków zaczyna mieć dość projektu, który miał być przecież projektem dla nich?
Jeżeli Unia Europejska ma przetrwać, musi odzyskać szacunek dla zasady, od której powinna była rozpocząć swoje istnienie: Europa ma służyć swoim narodom, a nie narody mają służyć europejskim instytucjom. A jeśli obecna forma Unii rzeczywiście zaczyna być niezdolna do takiej refleksji, jej polityczne zwijanie – rozumiane jako odchodzenie od centralizacji i zwracanie kompetencji państwom oraz obywatelom – wcale nie musi być tragedią. Może być początkiem powrotu do idei, od której wszystko powinno się zaczynać: wolnej Europy wolnych narodów.
Joanna Mac
