Publicystyka
Joanna Mac: Polska pamięć nie potrzebuje sowieckiej korekty
Westerplatte nie jest Leningradem. Polska pamięć nie potrzebuje sowieckiej korekty
Są takie miejsca, w których słowa mają szczególne znaczenie. Są też takie daty, w których nie trzeba szukać dodatkowych kontekstów, żeby przypomnieć sobie, kim jesteśmy i czego doświadczyliśmy jako naród.
Westerplatte jest jednym z takich miejsc. 1 września jest jedną z takich dat.
Dlatego trudno zrozumieć, dlaczego podczas tegorocznych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz znalazła miejsce w swoim wystąpieniu dla przypomnienia niemieckiej blokady Leningradu. Oczywiście, mieszkańcy Leningradu cierpieli. Oczywiście, zginęły tam setki tysięcy ludzi. Tego nikt rozsądny nie kwestionuje.
Tylko że 1 września na Westerplatte nie jesteśmy w Leningradzie. Jesteśmy w Polsce. I obchodzimy rocznicę dnia, w którym niemiecka armia napadła na Rzeczpospolitą. To właśnie ta różnica wydaje się dzisiaj coraz bardziej kłopotliwa dla części polskich elit.
Najpierw była Polska
Współczesna moda na tworzenie jednej, uniwersalnej opowieści o wojnie powoduje, że coraz częściej wszystkie narody stają się po prostu uczestnikami wielkiej tragedii. Wszyscy cierpieli, wszyscy byli ofiarami, wszyscy mają swoje dramaty. Tylko że naród polski nie potrzebuje takiej opowieści o własnej historii.
Polska nie była jednym z wielu przypadkowych miejsc, w których rozpoczęła się europejska katastrofa. To przeciwko Polsce wystąpiła 1 września 1939 roku niemiecka machina wojenna. To polskie miasta zostały bombardowane. To polska wieś była pacyfikowana. To polscy oficerowie byli mordowani w Katyniu. To polskie elity miały zostać wyniszczone. To wreszcie Polska została po wojnie pozbawiona realnej suwerenności. Dlatego 1 września nie jest dniem, w którym musimy udowadniać światu, że potrafimy pamiętać o wszystkich.
1 września jest dniem, w którym mamy obowiązek pamiętać o Polsce.
I nie ma w tym nic niewłaściwego. Naród ma prawo mieć własną pamięć. Ma prawo ustalać własną hierarchię pamięci. Ma prawo przede wszystkim pamiętać o własnych ofiarach i własnej walce.
Wojna nie spadła z nieba
Jest jeszcze coś ważniejszego. W opowieści o wojnie bardzo łatwo zgubić sprawców. Wystarczy mówić o „tragedii”, „cierpieniu”, „milionach ofiar” i „okrucieństwie wojny”. Wszystko się wtedy zgadza, ale powoli znika odpowiedź na najważniejsze pytanie: kto tę wojnę rozpoczął? 1 września 1939 roku nie wydarzyła się żadna anonimowa katastrofa. Niemcy napadły na Polskę. 17 września od wschodu wkroczyła Armia Czerwona.
Polska została zaatakowana przez dwa totalitarne mocarstwa, które wcześniej zawarły pakt Ribbentrop–Mołotow i porozumiały się w sprawie podziału Europy Środkowej. To nie jest kwestia interpretacji. To jest fundament naszej historii. Dlatego polska pamięć o II wojnie światowej musi zachować właściwe proporcje. Możemy pamiętać o Leningradzie. Ale najpierw pamiętajmy o Westerplatte. Możemy mówić o ofiarach niemieckiego oblężenia Leningradu.
Ale nie zapominajmy o Warszawie, Wieluniu, Katyniu, Wołyniu i tysiącach polskich miejscowości, w których wojna oznaczała śmierć, wysiedlenie i niewolę. Możemy mówić o cierpieniu Rosjan. Ale nie możemy przy tej okazji zapominać, że Związek Sowiecki 17 września 1939 roku napadł na Polskę. Jedno nie wyklucza drugiego.
Polska nie została „wyzwolona” w 1945 roku
Jeszcze większego znaczenia nabiera w tym kontekście używanie słowa „wyzwolenie”. W swoim wystąpieniu Dulkiewicz mówiła o Gdańsku „wyzwalanym przez Armię Czerwoną”, jednocześnie wspominając los kobiet w mieście w 1945 roku. Czy naprawdę można bez żadnego komentarza powiedzieć Polakom, że rok 1945 był po prostu rokiem wyzwolenia? Nie.
Armia Czerwona pokonała niemiecką armię. To fakt. Niemiecka okupacja Gdańska zakończyła się. To również fakt. Ale Polska nie odzyskała w 1945 roku pełnej niepodległości. Znalazła się w sowieckiej strefie wpływów, a komunistyczna władza była budowana pod ochroną Moskwy. Powojenne wybory odbywały się w warunkach represji i fałszerstw, a państwo zostało podporządkowane systemowi politycznemu, którego centrum znajdowało się poza Warszawą.
Dlatego trzeba mówić precyzyjnie: Armia Czerwona wyparła Niemców. Nie oznacza to jednak, że Polska została w 1945 roku wyzwolona w znaczeniu odzyskania pełnej wolności i suwerenności. Dla żołnierzy Armii Krajowej, dla ludzi podziemia, dla więźniów politycznych i dla tysięcy Polaków prześladowanych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa rok 1945 nie był początkiem wolnej Polski. Był początkiem kolejnego rozdziału walki o Polskę.
Ci, których przywiozła Moskwa
I tutaj dochodzimy do sprawy, której przez dziesięciolecia nie można było w Polsce uczciwie opisywać. Po wojnie do Polski nie przyszła po prostu nowa administracja. Przyszedł nowy system. System komunistyczny nie wyrósł z wolnej debaty polskiego społeczeństwa. Jego najważniejsze kadry były związane z Moskwą, a część z nich została w Związku Sowieckim wyszkolona i przygotowana do przejęcia władzy. Badania nad komunistyczną elitą władzy pokazują właśnie znaczenie tych moskiewskich korzeni. Nie trzeba tutaj tworzyć żadnych sensacyjnych teorii. Wystarczy historia.
Byli ludzie, którzy przyjeżdżali z terenów ZSRR. Byli działacze przygotowywani przez komunistyczne struktury podporządkowane Moskwie. Byli funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa. Byli ludzie, którzy po wojnie zajmowali najwyższe stanowiska w państwie, choć ich polityczna droga prowadziła wcześniej przez sowieckie struktury.
To oni budowali PRL.
I dlatego nie można opowiadać o roku 1945 tak, jakby po wejściu Armii Czerwonej polska historia po prostu zaczęła się od nowa. Nie zaczęła się. Została brutalnie przerwana i podporządkowana nowej rzeczywistości.
„To są ci sami ludzie”
Kiedy więc ktoś mówi dzisiaj:
„To są dokładnie ci sami ludzie, których Stalin przywiózł na ruskich czołgach. Tylko jest to kolejne pokolenie”
Nie chodzi o to, że konkretni ludzie z 1945 roku żyją do dziś. Chodzi o ciągłość środowisk, instytucji, rodzinnych powiązań i sposobu myślenia. Pierwsze pokolenie zostało przywiezione do Polski albo wyniesione do władzy pod osłoną sowieckiej potęgi. Drugie pokolenie urodziło się już w PRL i zostało wychowane w państwie, którego historię pisano według komunistycznych reguł. Trzecie pokolenie dorastało w czasie transformacji. I choć system upadł, nie oznaczało to automatycznie, że wszystkie środowiska, wszystkie wpływy i wszystkie sposoby patrzenia na Polskę zniknęły tego samego dnia. Historia nie kończy się wraz ze zmianą nazwy państwa.
Nie chodzi o nazwiska. Chodzi o lojalność
Nie ma sensu dzielić ludzi według nazwisk czy pochodzenia. Nie każdy człowiek związany z komunizmem był Rosjaninem. Nie każdy człowiek o polskim nazwisku był patriotą. Nie każdy, kto przyjechał ze Wschodu, był sowieckim funkcjonariuszem. Problemem komunizmu nie było pochodzenie etniczne jego funkcjonariuszy. Problemem była ich ideologia i polityczna lojalność. Liczyło się to, komu służyli. Liczyło się, jaki system budowali. Liczyło się, czy bronili polskiej suwerenności, czy interesów sowieckiego imperium. Dlatego znacznie ważniejsze od pytania, kto miał jakie nazwisko, jest pytanie: kto otrzymał władzę dzięki Moskwie, kto tej władzy bronił i kto korzystał z systemu, który przez dziesięciolecia odbierał Polakom możliwość decydowania o własnym państwie? To jest pytanie, którego nie wolno się bać.
Polska pamięć nie potrzebuje pozwolenia
Być może właśnie tutaj leży sedno sporu o Westerplatte. Część współczesnych elit chce opowiadać polską historię w sposób coraz bardziej uniwersalny. Mówić o wszystkich ofiarach, wszystkich narodach i wszystkich tragediach jednocześnie. Tylko że naród, który nie potrafi postawić własnej historii w centrum własnych rocznic, zaczyna powoli tracić własną pamięć. Nie musimy wybierać między pamięcią o Polakach a pamięcią o innych narodach. Ale musimy zachować hierarchię.
Westerplatte mówi wystarczająco dużo
Nie potrzeba tam wielkich europejskich konstrukcji. Nie potrzeba wykładu o wszystkich frontach II wojny światowej. Nie trzeba szukać symboli w odległym Leningradzie. Wystarczy spojrzeć na Westerplatte. Tam byli polscy żołnierze. Bronili polskiej ziemi. Bronili polskiej państwowości. Wiedzieli, kto do nich strzela. I wiedzieli, czego bronią. Dlatego 1 września powinien być przede wszystkim dniem polskiej pamięci, polskiej dumy i polskiego ostrzeżenia.
Powinniśmy przypominać naszym dzieciom, że Polska w 1939 roku została napadnięta przez dwa totalitarne mocarstwa. Powinniśmy mówić, że po wojnie jedno z nich zostało pokonane, ale drugie przez dziesięciolecia utrzymało Polskę w swojej strefie wpływów. Powinniśmy mówić, że niepodległość nie została nam podarowana. Trzeba było na nią czekać przez dziesięciolecia. A kiedy wreszcie przyszła, przyszła również dzięki ludziom, którzy nie zgodzili się przyjąć sowieckiego porządku jako własnego losu.
Dlatego nie wstydźmy się mówić o Polsce. Nie przepraszajmy za polską pamięć. Nie relatywizujmy polskiej tragedii w imię źle rozumianego uniwersalizmu. I przede wszystkim nie pozwólmy, aby historia Polski została opowiedziana bez Polaków. Westerplatte nie jest Leningradem. 1 września nie jest dniem wszystkich możliwych rocznic. To dzień, w którym zaczęła się największa tragedia w dziejach współczesnej Polski.
I właśnie dlatego tego dnia mamy przede wszystkim pamiętać o Polsce, o jej ofiarach, o jej żołnierzach i o tych, którzy próbowali odebrać jej wolność. Bo naród, który pamięta swoich bohaterów, pozostaje narodem. A naród, który pozwala innym pisać za siebie własną historię, wcześniej czy później zaczyna żyć cudzą opowieścią.
Joanna Mac
